30 czerwca 2019

Legenda o tym, który nie potrafił

Dzieńdobry. Na sam początek przychodzę z czymś krótkim żeby mieć od czego się rozpędzić, kolejne części wkrótce. pozdrawiam, peace

Dawno temu w erze w której każde plemię chciało znaleźć swój kawałek świata a wielkie mocarstwa jeszcze nie istniały dwójkę bogów zraził do siebie konflikt, po dziś dzień ludzie nie wiedzą, czy obydwoje pokochali jedną kobietę, czy który się nad drugim wywyższał czy uraził honory. Ludzie wiedzą tylko o tym, że jeden z nich - Omars ostał się w krainie gdzie od zawsze był, najwyraźniej wygrawszy kłótnię  natomiast Pragraim jego dawny koleżka obrażony udał się na zachód i tam postawił granicę z wielkich zwałów ziemi, coby stary znajomy nawet na niego nie spojrzał. 
 Wtedy oboje zajęli się swoim. 
Omars chcąc mlekiem i miodem ozdobić swoją posiadłość umieścił tam rolników i pasterzy a ziemię na boski sposób użyźnił. Przyglądał się swemu dziełu, któremu nadał nazwę Inyh lecz poznał smak goryczy gdy barbarzyńcy najechali i ograbili jego własność. Wtem bóg postanowił, że aby powstrzymać zagrożenie da swym ludziom cząstkę siebie i tak też uczynił. Boskie nasienie spłynęło na świat dzięki czemu narodził się Mirrad, nieziemski wojownik, który pokonał najeźdźców, w decydującej bitwie oddał życie  przechylając szalę zwycięstwa na korzyść jego ludu. Omars jednak wiedział, że jego legenda nie wystarczy i aby na zawsze odgrodzić jego plemię od niebezpieczeństwa nakazał znaleźć nieślubnego syna Mirrada i wyznaczyć mu zadanie zbudowania wielkiego muru broniącego Inyh po wieki wieków. 
***

 Słońce świeciło a pogoda dopisywała polom, co kilka dni deszcz podlewał łagodnie zboże a ono wyciągało ku niebu złotą głowę, Pram był z tego powodu zadowolony bo poza tym, że lubił aby zbiory były udane lubił też pracować w polu co wiele osób strasznie dziwowało trzeba było mu jednak przyznać, że być może to dla tej pracowitości los obdarzył go pięknym ciałem, rozrosłymi barkami, ogólnie pojętą tężyzną fizyczną i miłą twarzą zdecydowanie przystojniejszą od innych, przynajmniej w jego okolicy. Był teraz w chacie, pił parzoną pokrzywę i miał szykować się do roboty gdy zaskoczył go znajomy
- Pram wychodź. Coś ważnego
- Co niby? o tej porze, wszyscy już chyba pracują.
- Wychodźże z tej chaty to zobaczysz.
I wyszli.
W wiosce nikt nie pracował, wszyscy zgromadzili się i oglądali z zaciekawieniem jak nieznajomy ubrany w długie szaty z drogiego materiału wjeżdża do wioski na swoim rumaku. 
- Rozejść się - Przerzedzał tłum człowiek przed nim niosący halabardę. Gdy zjawili się Pram i jego przyjaciel  cały wzrok gawiedzi skierował się na nich.
- To on panie - Rzekł znajomy i ukłonił się siląc się by było w tym choć trochę gracji.
Człowiek na rumaku zbliżył się do Prama bacznie się mu przyglądając.
- Witaj. Jestem hrabia Sierme von Marke. Jeśli dobrze rozumiem to ty jesteś potomkiem zacnego Mirrada. 
- Chyba tak - Zaskoczył się wybraniec. - to znaczy tak mi mówili, że jestem. Ja sam nigdy swojego ojca nie zaznałem bo umarł.
- Zatem dobrze trafiliśmy. Jedziesz  z nami, zabieramy cię z tej nory.

Pram nigdy nie spodziewał się wyjechać dalej niż rzeka Yger w dodatku w powozie zdawałoby się cenniejszym niż jego wioska. Cała ta sytuacja mocno go zszokowała, rzekomo miał on zadanie aby uczynić kraj świetniejszym i bezpieczniejszym, 
- Panie, ale jak ja to mam zrobić?
- Zrobisz tak jak będziesz uważał i będzie dobrze, jesteś potomkiem legendy, masz to w sobie.
"Masz to w sobie"  były to niezwykle pamiętne słowa dla człowieka, który rzekomo był synem kogoś niezwykłego. Za dzieciaka bycie kimś zwracało na siebie powszechną uwagę, każda zasługa, każdy popełniony czyn były natychmiast przypisywane niezwykłemu pochodzeniu, wszyscy chcieli być blisko i doświadczyć wielkości, której oczekiwano od potomka Mirrada, nawet wędrowni kupcy czy mędrcy z dalekich stron przyjeżdżali od czasu do czasu do wioski Prama zatrzymując się tam nieraz i na dłużej ucząc młodego chłopca rachować, czytać, pisać. Dzięki temu był on niezwykle poradny, oczytany, umiejętny i faktycznie wydawał się być lepszy od wszystkich. Do czasu, aż to wszystkim wokół się znudziło i ludzie nie mieli ochoty dokopywać się w nim więcej potencjału. Podróżni przestali przyjeżdżać i okazało się, że w wiosce niekoniecznie wszystkie jego talenty są potrzebne.
Minęła chwila czasu, koła powozu trajkotały a między Pramem a hrabią nie wywiązała się rozmowa. Potomek Mirrada zużył tą chwilę by przypomnieć sobie legendy, zarówno te o ojcu jak i pozostałe które wciąż mógł przywołać z pamięci a nie było ich wcale mało bo za dzieciaka kiedy tylko nauczył się czytać umiłował się w opowieściach o niezwykłych wojownikach i gdy tak gdybał przez chwilę przypomniał sobie pewną myśl, która zaprzątnęła mu głowę dawien dawna. Skoro Pragraim, bóg który pokłócił się z Omarsem  postawił granicę ze zwałów ziemi i teraz jego kraj ma spokój to czemużby nie zrobić tego samego z Inyh, granica chroniąca przed najeźdźcami ale zbudowana ludzkimi a nie boskimi rękami, czy nie brzmiało to świetnie?
 

25 maja 2019

Wiadomość

Treści na blogu powrócą sobie spokojnie wraz z końcówką czerwca, i nie będę to już jedynie liche głosy ale całkiem normalna - miejmy nadzieję przyzwoitej jakości - treść bloga, ponadto co najmniej do końca wakacji pojawiać się będą w częstotliwości zbliżonej do półtora µHz. To tyle.
Koniec wiadomości.

19 maja 2019

Wanny głos #10

Spierdolenie Perfekcjonistycznej jakości:
Kiedy coś ci nie wychodzi i nie wiesz jak to zrobić żeby było idealnie więc zaczynasz widzieć w tym coraz więcej wad ostatecznie odrzucając całość na dłuższy okres czasu ażeby człowiek całkowicie zapomniał jak to zrobić dobrze.

12 kwietnia 2019

Duchy

Jeśli stworzenie w chwili swojej śmierci zachowało świadomość i wciąż mogło kontrolować swoją magię mogło mieć szansę przezwyciężyć prądy, które pośmiertnie zabierają duszę w inną stronę.
W takim przypadku istniała opcja, że dana istota wytworzy ze swojej mocy zamiennik ciała i będzie mogła egzystować w świecie żywych.

10 marca 2019

Rozdział 10 część 1

- Chodź Pipo. - Powiedziała żartobliwie i wskazała wzrokiem na las.
- Tak, już idę - Ruszyła za nią.
- Znajdziemy jakieś ubrania i jedzenie... - zamyśliła się na chwilę wyraźnie wymieniając w pamięci potrzebne im dobra.
- Zdecydowanie  przydałoby się nam  coś do picia.- Odrzekła czarnowłosa przewidując tok myślenia Szarony i dodała pouczająco. - Bliższa nam śmierć z pragnienia niż głodu.
- Yhym. -przytaknęła. - ale w tym lesie chyba nie aż tak trudno będzie z wodą - Zaciągnęła się haustem wilgotnego powietrza, znajdowały się na obrzeżach lasu, gdzie to czym oddychały było już zdecydowanie bardziej wodniste a wchodziły coraz dalej, w czarną czeluść drzewnego sacrum, gdzie prawie jedyne światło pochodziło z ciekawych, niebieskich porostów otaczających drzewa, paproci  i bulw na ziemi o dziwnej zdolności luminescencji. Przystanęły na chwilę.
- To co, szukamy źródła wody? - zwróciła się Kiamenita, rozglądająca się wokół podobnie jak jej towarzyszka.
- Yhym - Odchrząknęła Szarona - Całkiem tu ładnie nie sądzisz - Wodziła wzrokiem rozkojarzona lekko przez otoczenie
- Taaak - zgodziła się cicho - ale choć już, nie traćmy czasu, niewiadomo, czy znajdziemy jakieś źródło wody, a im szybciej tym lepiej. - Białowłosa nie odpowiedziała, tylko przyspieszyła kroku na potwierdzenie. Sama nie uważała, że znalezienie czegoś do picia będzie problemem ale sama idea nie tracenia czasu wystarczająco ją ujęła, szczególnie w nieznanym miejscu. Trochę wstyd jej było przyznać ale nie miała zielonego pojęcia o tym gdzie się teraz znajdują, wiedziała tylko jedno, jakoś sobie poradzą.
w miarę ich marszu krajobraz coraz bardziej się zmieniał, naturalne światło właściwie zniknęło, pozostało te wyprodukowane magicznie przez rośliny. Drzewa rosły jakby gęściej, można było dostrzec większe zróżnicowanie ich gatunków, chociażby po korze i kształcie korzeni. Właściwie było ich tak wiele, że przestrzeń zdawała się ograniczać przez nie zarówno na boki jak i z góry,  niewysoko wyrastające konary tworzyły wraz z mniejszymi gałęziami niemalże sufit z zaledwie kilkoma otworami, przez które dało się dostrzec jaśniejsze plamy, które tak czy siak w żaden sposób nie mogły zwalczyć mroku lasu.
Nagle jakby milion małych okruchów światła pojawiło się przed nimi oślepiając je swym blaskiem. po chwili, gdy przejrzały na oczy zobaczyły oddalającą się grupę szybkich, latających błękitnych stworzeń.
- Co to było?! - Niejako wykrzyknęła szeptem Kiamenita.
- Kiaskusy, świetliste motyle. Do teraz widziałam je tylko w księgach. - odpowiedziała cicho, przyglądając się im tak długo jak tylko mogła je widzieć oczarowana ich gracją.
 W jednej chwili stworzenie wielkości ludzkiej ręki wyskoczyło z drzewa i pochwyciło kilka jaskrawych stworzeń, stado motyli rozpierzchło się by po chwili znów móc wrócić do zwartego szyku. Białowłosa nie była w stanie określić czym to zwierze było, natychmiast po tym jak go dostrzegła ukryło się one w ciemności. właściwie wcale by go nie zauważyła gdyby nie fakt, że stworzenia, na które zapolował na chwilę oświetliły jego zarys.
- Widziałaś to? - Wzdrygnęła się Kiamenita
- Cóż - westchnęła białowłosa - Wygląda na to, ze nie jesteśmy tu same. - Ale nie bój się, jakoś sobie poradzimy, nie zapominaj, że jestem magiem.
- Dobra , też przeważnie jestem magiem, jeśli mogę używać swoich mocy - Przez ciemność nie dało się zobaczyć wyrazu twarzy Kiamenity ale ton głosu brzmiał jakby miała do niej pretensje
- Będziesz mogła używać swoich mocy, niedługo pokażę ci o co biega, po prostu może to zająć trochę czasu więc proponuję najpierw zająć się znalezieniem schronienia. - wytłumaczyła się trochę zakłopotana, nie znosiła gdy ktoś miał do niej jakąś ansę.
- Dobrze, po prostu - zmieniła ton na łagodny. - nie jestem przyzwyczajona do ta... - Zdanie przerwał jej dziwny odgłos, obie zamarły na chwilę, złapały się za ręce. Coś co wydało z siebie przed chwilą przenikliwy ryk sądząc po odgłosach kroków zmierzało właśnie w ich stronę.

09 lutego 2019

Wanny głos #9

Nigdy mi nie wychodzi.
Zawsze mi nie wychodzi.

Nigdy i Zawsze to podobno przeciwieństwa, a jednak powyższe zdania funkcjonują jak synonimy. Taki paradoks, pewnie każdy zauważył go już dawno temu.
Mimo, iż z czystej logiki jeśli chcemy przekazać stopień swojego nieudacznictwa, powinniśmy ująć to słowami Zawsze - w każdej jednej chwili, każdym jednym momencie, mi - słowo określa, że mówimy o swojej osobie,  nie - zaprzecza wyrazowi po nim, wychodzi - może oznaczać, że ktoś wychodzi z jakiegoś pomieszczenia ale w tym wypadku chodzi raczej o osiągnięcie sukcesu.

Tak ujęte zdanie ma swój sens logiczny ale jednocześnie w zestawieniu z drugim wymienionym zdaniem wydaje się "gorzej brzmieć", Nigdy mi nie wychodzi - Brzmi lepiej a przecież z czysto logicznego punktu widzenia  Nigdy - Określa, że jakaś rzecz, sprawa się po prostu nie dzieje, czy więc zdanie "Nigdy mi nie wychodzi" Nie powinno być synonimem do "Zawsze mi wychodzi"

Ciekawa sprawa. I w sumie trudna.